Zupa krem z marchewki – z pomarańczą, imbirem i na mleku kokosowym

Zupa ta jest bardzo prosta do przygotowania, a przy tym naprawdę smaczna. Przynajmniej w moim domu wszyscy ją bardzo lubimy. Lekko słodkawa, lekko pikantna, aromatyczna – dokładnie taka powinna być.

SKŁADNIKI:

* ok. 1 kg marchwi
* 3 pomarańcze
* 1 – 2 papryki czerwone
* 1 duża cebula
* 3 – 4 ząbki czosnku
* kawałek (ok. 3 cm) imbiru
* 2 czubate łyżeczki domowej vegety (lub ewentualnie 2 kostki rosołowe)
* 1 puszka mleka kokosowego
* 3 łyżki oleju
* 1 czubata łyżeczka (najlepiej pikantnego) curry
* ewentualnie sól, chilli

Najpierw przygotować wszystkie warzywa. Marchewkę obrać i pokroić najlepiej na plasterki. paprykę należy obrać cieniutko ze skórki, najlepiej takim nożykiem obierakiem. Potem oczyścić i pokroić w paski lub kostkę.
Cebulę pokroić w drobną kostkę, imbir zetrzeć na tarce lub drobno pokroić, czosnek przecisnąć przez praskę lub posiekać nożem.
Z pomarańczy wycisnąć sok.

W dużym garnku rozgrzać olej. Wrzucić pokrojoną cebulę, imbir oraz czosnek i leciutko podsmażyć. Po jakiś 2 minutkach dodać kostę rosołową lub bulionetę oraz około 1 łyżeczki curry. Smażyć jeszcze przez krótką chwilę. Wlać sok pomarańczowy i dorzucić pokrojoną marchew z papryką. Wla tyle wody, by warzywa były przykryte. Gotować wszystko na średnim ogniu jakieś pół godziny aż marchewka będzie miękka.

Po tym czasie dodać do zupy mleko kokosowe i wszystko zmiksować. Całość doprawić jeszcze według smaku chilli (zupa powinna być lekko pikantna) i ewentualnie solą lub maggi. Po zmiksowaniu jeszcze raz zagotować i podawać.
Gotowe.

Egzotyczna zupa z marchwi i kopru włoskiego

Co tu dużo pisać w ramach wstępu.
Wymodziłam taką smaczną zupę, że sama wpadłam w samozachwyt nad swoim kulinarnym zmysłem twórczym. Bo od początku do końca sama sobie nazmyślałam co tam do garnka wrzucić i wyszła zupa cud i ekstaza. Przynajmniej jak dla mnie. Musiało mnie natchnąć jakoś niesamowicie, bo wrzucając rzeczy do garnka nie myślałam, że powstanie takie cudo.

SKŁADNIKI:

* kilka (ok. 300 g) marchewek
* kilka (ok. 400 g) kartofli
* kilka młodych cebulek
* 1 duży fenkuł
* mały kawałek (ok. 2 cm) świeżego imbiru
* 2 – 3 łyżki oleju
* 2 czubate łyżeczki domowej vegety (lub ewentualnie 2 kostki rosołowe)
* 4 – 5 łyżek mleka koskosowego
* 2 – 3 łyżki koncentratu pomidorowego

ponadto:
* ok. 400 – 500 g garneli czyli większych krewetek, np mrożonych
* drewniane patyczki do szaszłyków
* nieco masła do smażenia

Krewetki rozmrozić, umyć je, pourywać im skorupki na ogonkach i osuszyć na papierowym ręczniku. Nadziać na patyczki do szaszłyków.

Warzywa umyć, obrać. Ziemniaki, marchewkę i cebulki pokroić w plasterki.
Fenkuł umyć, osuszyć papierowym ręcznikiem, przekroić na pół, wyciąć ze środka twardy głąb, a resztę pokroić w cieniutkie paseczki/półtalarki, tak jak się kroi cebulę. Imbir drobniutko posiekać.
W garnku rozgrzać olej. Wrzucić posiekany imbir i cebulkę, podsmażyć przez minutkę. Dodać ziemniaki, marchewkę oraz fenkuł i smażyć wszystko kolejną minutkę. Potem wlać 1,5 litra wody, dorzucić vegetę lub kostki rosołowe i gotować całość aż warzywa będą miękkie. Teraz dodać do zupy mleko kokosowe i koncentrat pomidorowy i poczekać aż zupa znowu się zagotuje.

Pod koniec przygotowywania zupy możemy już na patelni rozgrzać masło i podsmażyć na nim garnelowe szaszłyczki.

Zupę rozlać do talerzy. Na każdy talerz położyć po jednym szaszłyku z garnelami.
Smacznego.

 

Rosół – taki, jaki lubię

Rosół zawsze kojarzył mi się z niedzielnym obiadem, choć u mnie na stole bywa zwykle i w inne dni tygodnia. Z pewnością wiekszość z was gotowała już nie raz rosół. I właściwie wydawałoby się nie ma nic prostszego niż ugotowanie rosołu. Zapewne też każdy z was ma swój sposób na pyszny rosołek. Ten mój bafkowy różni się trochę dodanymi składnikami (np zamiast kapusty wolę zieloną paprykę i imbir), ale właśnie taki smakuje nam najlepiej.

SKŁADNIKI:

* 1 kurczak
* 4-5 marchewek
* 1 korzeń pietruszki
* 1 zielona papryka
* kawałek bulwy selera
* kawałek pora
* mały kawałek świeżego imbiru
* kilka gałązek natki pietruszki
* 1 cebula
* 3 – 4 ząbki czosnku
* 1 liść laurowy
* kilka ziaren ziela angielskiego
* kilka ziaren czarnego pieprzu
* sól i pieprz

dodatkowo:
* cienki makaron
* świeża natka pietruszki
* maggi

Do garnka z zimną wodą wkładam umytago kurczaka i zaczynam gotować na wolnym ogniu. Gdy wypłyną „szumowiny” (ścięte białko mięsa) zbieram je łyżką cedzakową. Kiedy już przestaną wypływać i mam klarowną wodę, dodaję obrane warzywa (marchew, pietruszkę, seler, imbir, por, cebulę, paprykę) i przyprawy. Wszystko gotuję na bardzo małym ogniu (by rosół nie zmętniał) około dwu godzin.
Potem wyjmuję mięso i jarzyny. W celu pozbycia się wszystkich „farfocli” rosół jeszcze przecedzam. Doprawiam solą i pieprzem.

Jako, że lubimy też coś przegryść w rosole, więc dodaję obrane kawałki mięska z ugotowanego kurczaka i marchewki pokrojone w kostkę. I oczywiście ugotowany osobno cienki makaron. Posypuję na talerzu pokrojoną pietruszką. Kto ma ochotę doprawi sobie dodając nieco maggi i… mniam, mniam można zajadać.

Ciasteczka imbirowe

Te ciasteczka mają naprawdę imbirowy samk. Dlatego polecam je wszystkim miłośnikom imbiru.
Natomiast ci, którzy niezbyt za nim przepadają, mogą ciasteczek w tej wersji nie polubić.

SKŁADNIKI:

* 100 g kandyzowanego imbiru
* 150g masła lub margaryny
* 2 żółtka
* 100 g cukru
* 250 g mąki
* 1 łyżka mleka

Imbir drobno posiekać. Margarynę, cukier, 1 żółtko, mąkę i okolo 40 g imbiru zagnieść na gładkie ciasto. Owinąć je folią i wsadzić do lodówki na około 1 godzinę.
Po tym czasie ciasto rozwałkować, wyciąć ciasteczka (forma dowolna) i ułożyć na blaszce wyłożonej papierem pergaminowym.
Ciasteczka posmarować rozmąconym żółtkiem z mlekiem i udekorować pozostałym imbirem.
Piec ok 12-15 min. w temp. 200°C (termoobieg 175°C).

Konfitura imbirowo – bananowa

Zdjęcie nie będzie zbyt rewelacyjne, ale przy takim świetle to nie ma się czemu dziwić. Cały dzień pada, jest szaro i właściwie najlepiej człowiek nie wychodziłby z łóżka. Ale siedzenie w łóżku samemu nie ma tego uroku. Zatem postanowiłam dziś porobić nieco konfitur. Zwłaszcza, iż znalazłam całkiem sympatycznego pomocnika.

Na pierwszy ogień poszły dziś banany. Smakowita konfitura z tego wyszła. Przyznaję, że robiłam ją po raz pierwszy. Niedawno jednak dostałam słoiczek od znajomej, niejako do spróbowania. Dzieciaki były nią zachwycone, zwłaszcza Oliver, więc zapytałam o przepis. I oto dziś, w ten deszczowy dzionek, zrobiliśmy swoje zapasy, z podwójnej porcji.

SKŁADNIKI (na 4 słoiczki po 250 ml):

* 1 kg bananów (po obraniu ze skórek)
* sok z 3 – 4 cytryn
* 3 – 4 łyżki białego rumu
* 1 łyżeczka cynamonu
* 3 – 4 kawałeczki kandyzowanego imbiru
* 500 g cukieru żelującego 2 : 1 (na 1 kg owoców)

Nie dodaję dodatkowo więcej cukru, bowiem przy użyciu cukru żelującego 2:1 konfitura wychodzi wystarczająco słodka.
Jednak jeśli komuś mało, może dodać również szklankę normalnego cukru.

Wycisnąć sok z cytryn. Imbir pokroić na bardzo drobniutkie kawałeczki. Banany obrać i rozgnieść widelcem. Wszystkie składniki wrzucić do garnka i ciągle mieszając zagotować. Zmniejszyć ogień i gotować jeszcze jakieś 3 minutki.
Gorącą konfiturę nałożyć do wyparzonych słoiczków. Zakręcić i ustawić słoiczki do góry dnem.

Nie jest to konieczne, ale można słoiczki z konfiturą zapasteryzować.  Ja pasteryzuję swoje przetwory w piekarniku (gdy wyjdzie więcej słoiczków), lub w garnku z wodą (gdy słoiczków wychodzi tak z 3 -4).
By zapasteryzować przetwory w piekarniku, układam słoiczki na blaszce (w normalnej pozycji, nie do góry dnem). Blaszkę wstawiam do piekarnika, włączam go na 130°C (grzanie z góry i dołu, bez termoobiegu) i piekę tak około godziny. Po tym czasie piekarnik wyłączam, uchyłam lekko drzwiczki i zostawiam tak do ostygnięcia.

PS. Konfitura ta nieco ściemnieje, nabierając nawet lekko różawowego koloru, ale to normalne. Nie zmienia to w niczym jej smaku.

Kandyzowany imbir

Często w moich przepisach wśród składników pojawia się kandyzowany imbir. Jest on niezastąpiony w wielu potrawach, zwłaszcza tych z kuchni azjatyckiej. Stanowi nie tylko dodatek do potraw kulinarnych, ale jest też znakomitym lekarstwem. Możecie więcej poczytać na temat imbiru i jego cudownych właściwości tutaj.
Osobiście bardzo lubię imbir, choć może to dziwne. Bo jak można lubić coś, co najpierw wydaje się słodkie, a potem okazuje się być pikantne i wręcz szczypie w język. A taki właśnie bywa kandyzowany imbir.
Ale to właśnie ten kandyzowany, nie dość, iż bywa czasem trudno dostępny (nawet tu w „Niemcolandzie” można go kupić tylko w nielicznych sklepach), to na dodatek jest stosunkowo drogi. Przykładowo niedawno zapłaciłam za malutki (50 g zawartości!!!) słoiczek kandyzowanego imbiru w zalewie prawie 3 €. Tak więc pomyślałam sobie, iż czas najwyższy się wycwanić i zrobić imbir kandyzowany samemu.

Wracając wczoraj od logopedki wstąpiłam do warzywniaka „u Turka”. I za 3€ zakupiłam prawie 600 g imbiru. Z tej ilości otrzymałam jeden słoiczek (250 ml) imbiru kandyzowanego w zalewie, dwa mniejsze słoiczki imbirowego syropu i dodatkowo całe 80 g płatków imbirowych w cukrze. A na dodatek przez pół wieczora w domu rozchodził się wspaniały zapach. Tak pachniało, że nawet mój Kapsel, którego nos zwykle bywa na urlopie, pytał co to za aromaty. I dodał, że mogę takie coś gotować dziennie, bo bardzo podoba mu się zapach. Rzeczywiście pachniało niebiańsko. Nawet nie przypuszczałam, że gotujący się imbir wydziela aż takie wonności.

SKŁADNIKI:

* imbir
* cukier
* niepełna łyżeczka soli
* woda

Kupując świeży imbir najlepiej wybierać jak najgrubsze kawałki. Jest bardziej ekonomicznie. Poza tym mam wrażenie, że te cienkie są pikantniejsze.
Imbir należy najpierw cieniutko, ale dokładnie obrać ze skórki (fajnie się obiera przy pomocy łyżeczki) i już obrany zważyć. U mnie było to 460 g. Potem pokroić go w dość cienkie plasterki lub małe kawałeczki. Wrzucić do garnka, wsypać niepełną łyżeczkę soli i wlać tyle wody, by imbir był ledwie przykryty. Postawić to wszystko na niewielkiem ogniu i gotować około 30 minut. To właśnie wtedy imbir wydziela cudowny aromat, którym zapachnie wam w całym domu.

Po tym czasie imbir odcedzić na sitku i ponownie wrzucić do garnaka. Teraz należy wsypać tyle cukru, ile ważył obrany imbir. Może być odrobinę więcej, ale nie mniej.
Dodać niewielką ilość wody, jakieś 50 ml i wszystko znowu postawić na piecu. Gotować całość na jak najmniejszym ogniu do chwili, aż imbir zacznie się robić lekko szklisty czy nawet przeźroczysty. W sumie będzie to jakieś 30 – 40 minut.

Teraz są dwie możliwości:

1 – *kandyzowany imbir w zalewie*
Po prostu należy przełożyć jeszcze gorący imbir wraz z zalewą do umytych słoiczków. Należy go przechowywać w lodówce. Można go trzymać kilka miesięcy.

2 – *kandyzowane płatki imbirowe w cukrze*
Wyciągnąć z zalewy płatki imbirowe i pojedyńczno (tzn nieposklejane) rozłożyć je na kratce do wysuszenia. Pozostawić najlepiej na całą noc. Po tym czasie obtoczyć je po prostu w cukrze. Przełożyć do suchego, szczelnie zamykanego pudełka czy słoiczka. Też można przechowywać kilka miesięcy.

Kandyzowany imbir – obojętnie w której postaci – dodaje się do ciast, do mięs i wielu innych potraw. Na pewno na moim blogu zobaczycie jeszcze niejeden przepis z dodatkiem imbiru.