Korzenna skórka arbuza

Przepis pochodzi z książki „Kuchnia prababci” autorstwa Margaret Yardley Potter. Poczciwa pani Potter zapewne była wyjątkową kobietą i wspaniałą kucharką. Jednak niewiele jej przepisów nadaje się do wykorzystania w moim domu. Ten jednak od razu przypadł mi do gustu. No i że akurat jest sezon na arbuzy to, po każdym arbuzowym szaleństwie zbieram skórki i zamiast do śmietnika wędrują one po uprzednim oporządzeniu do słoików.  Co prawda zmniejszyłam ilość occtu (bo ta podana w książce wydała mi się zbyt zwariowana), ale poza tym muszę powiedzieć, iż całkiem fajne te arbuzowe skórki. Można podawać zamiast marynowanych ogórków czy cukini.

(Ilość podanych niżej składników jest niezbyt precyzyjna. Wszystko zależy bowiem od tego ile będziecie mieli skórki.  Ale w przepisie wszystko opisane tak, by było wiadomo o co chodzi.)

SKŁADNIKI:

* skórka z ćwiartki wielkiego arbuza
* 4 łyżki soli
* 2 kubki octu jabłkowego
* 1,5 kubka cukru (najlepiej trzcinowego)
* 1 laska cynamonu
* 1 łyżeczka goździków
* 1 kilka ziaren ziela angielskiego
* mały kawałeczek kwiatu muszkatołowego (Jak nie mamy to pominąć)
* mały kawałek (2-3cm) imbiru

Skórkę arbuza obrać z zielonej zewnętrznej łupiny i pokroić na małe kawałki. Wrzucić do jakiegoś naczynia lub dużego słoja. Mi wyszło około 1,5 litra objętości tych skórek.
Przygotować solankę w proporcji 2 łyżki soli na 1 litr wody. Zalać ową solankę skórkę i pozostawić conajmniej na 8 godzin, a najlepiej na całą noc.

Po tym czasie skórkę przecedzić na sitku, wrzucić do garnka i zalać świeżą wodą tak, by skórki były nia przykryte. Gotować na małym ogniu jakieś 15 minut. Przecedzić.

Teraz do garnka wsypać cukier. Wlać ocet i tyle samo albo odrobinę więcej wody. Wrzucić znowu skórkę. Wszystkie przyprawy najlepiej zawinąć gazą lub wsadzić do specjalnego filtra do herbaty. Tak zapakowane umieścić również w garnku. Wszystko razem pogotować jeszcze do momentu aż skórki będą miękkie. U mnie było to jakieś 25 minut.

Potem najlepiej skórki znowu przecedzić, zachowując jednak zalewę. Skórki przełożyć do słoików. Zalać zalewą. I w sumie gotowe. Jeśli włożymy skórki od razu i zalejemy gorącą zalewą, ustawiając potem słoiki do góry dnem, to nawet nie będziemy musieli ich pasteryzować. Dla pewności można jednak to zrobić.
No i co? Odczekać kilka tygodni a potem można zajadać.

Domowe powidła śliwkowe

Zanim pójdę spać, to może szkrobnę wam jeszcze przepis na powidła śliwkowe. Choć nie wiem czy w ogóle warto pisać, skoro zrobienie powideł to najprostsza rzecz pod słoncem. Przepis jest banalnie prosty i właściwie nie wymagający żadnych zdolności kulinarnych.
A ile to potem satysfakcji i radochy, kiedy będziecie mogli otworzyć zimą (o ile wytrzymają do zimy) sloik pysznych domowych powideł śliwkowych.

Mmmmmmmmm… Ja tam je uwielbiam. Najlepiej wyjadałabym je prosto ze słoika, ale nie jestem taka zołza i dzielę się z moimi chłopami.

No dobra. Co potrzebujecie?

* śliwki węgierki w ilościach najlepiej dużych, bo zapewne część podjecie już w czasie wybierania pestek
* 1 lyżka occtu lub sok z 1 cytryny – służy to tylko dla lepszego zachowania koloru
* cukier – ilość w zależności od indywidualnego upodobania
* przyprawy (niekoniecznie) – jakie to napiszę poźniej

Śliwki należy najpierw dobrze umyć. Ja to robię w ciepłej wodzie. Potem musimy wszystkie wypestkować. Przy okazji, jeśli są dojrzałe i słodkie, to zapewne sobie trochę podjecie. Ja jakoś się nie mogłam temu oprzeć.
Wrzucamy je wszystkie do wielkiego garnka i wlewamy łyżkę occtu lub sok z cytryny (ja wolę to drugie).
No i teraz garnek stawiamy na małym ogniu i … smażymy. Po niewielkim czasie śliwki puszczą sok, no więc smażymy je teraz w soku własnym. Od czasu do czasu należy przemieszać, by się nam nie przypalały.
W zależnosci ile tych śliwek macie (ja miałam 4 kg) to w sumie nalezy smażyć tak ok. 1,5 – 2 godzinki. Większość soku powinno znacznie odparować, a powidła zrobią się gęściejsze.

Niektórzy zalecaja przerwę w smażeniu i powtórkę tego zabiegu za jakiś czas. Albo jeszcze kolejne smażenie na drugi dzień. Ale mi tam się nie chce bawić w takie cackanie.

W każdym razie pod koniec smażenia możecie sobie wasze powidła posmakować i dodać tyle cukru, ile będziecie uważać za stosowne. Teraz też można dodać jakieś przyprawy, które niejako wzbogacą smak. Macie do dyspozycji:
– cynamon
– kardamon
– imbir
– mielone goździki
– przyprawę do pierników
– przyprawę do szarlotek
– kakao

Możecie się zdecydować na pojedyńczą przyprawę, lub skomponować własną mieszankę.
Polecam wypróbować różne wersje. Ja tym razem zrobiłam moje powidła dodając przyprawę do szarlotek. Następnym razem będe robić z dodatkiem kakao.
Kiedy już dodacie cukier i przyprawy, należy powidła jeszcze trochę przesmażyć. Na koniec jeszcze gorące przełożyć do umytych słoików. Słoiczki zakręcić, ustawić do góry dnem i zostawić do ostygnięcia. I oto są.

Pychotne powidła śliwkowe.

Korzenne jabłka do szarlotek

Na ogień poszły dziś jabłka. Zagoniłam całą rodzinkę do pomagania, bo jabłek mieliśmy baaaardzo dużo. Pachniało w całym domu, kiedy się smażyły. Pachniało … świętami.
Tak przygotowane jabłka nadają się rewelacyjnie do różnych szarlotek. Nie trzeba potem tracić czasu na przygotowywanie jabłek. Otwieramy tylko słoik i wykładamy jabłuszka na ciacho.
Oczywiście oprócz do ciast, jabłka te nadają się do podjadania ze słoika. Są bowiem takie smakowite, że trudno im się oprzeć.

Przepis podaję wam w wersji na oko. Nie potrafię bowiem powiedzieć z jakich dokładnie ilości wychodzi ile słoiczków. Ale mniej więcej z 2,5 kg jabłek wyjdą 3 półlitrowe słoiczki, choć to zależy od tego, do jakiej konsystencji będziecie gotować wasze jabłka.

SKŁADNIKI:

* 2,5 kg jabłek
* 1 – 2 garście rodzynek (według upodobania)
* sok z 2 cytryn
* 4 łyżki rumu
* ok. 300 – 400 g cukru (może być mniej)
* 1 czubata łyżeczka przyprawy do szarlotek lub jeśli nie mamy to łyżeczka cynamonu
* pół paczki galaretki pomarańczowej

Rodzynki zalać rumem i odrobiną wrzącej wody. Jabłka obrać i pokroić w drobniutką kostkę. Wrzucić do dużego garnka. Dodać cukier, sok z cytryny oraz rodzynki. Smażyć aż jabłka puszczą sok. Dodać przyprawę do szarlotek (lub cynamon) i smażyć jabłka nadal, co jakiś czas mieszając. Smażyć je tak długo, aż jabłka zaczną się rozpadać, a część soku odparuje. Masa zrobi się nieco gęściejsza. Dodać wtedy galaretkę, dobrze wymieszać, by się rozpuścila.
Jabłka nakładać od razu do czystych słoiczków. Zakręcać i ustawiać słoiczki dnem do góry.

Potem najlepiej zapasteryzować.

Galaretka limonkowo – cytrynowa

W tytule napisałam „galaretka”, ale równie dobrze mogłabym napisać „marmolada”. Właściwie nie mam pojęcia gdzie tkwi różnica. Ale nazwa jest tutaj chyba najmniej istotna. Ważny jest smak.

Galaretka (czy tam marmolada) cytrynowa jest dosępna w mało którym sklepie. A jeśli już w jakimś można ją dorwać, to z reguły za mały słoiczek trzeba zapłacić około 3 – 4€, co jest według mnie czystym zdzierstwem. Dlatego postanowiłam zrobić sobie tę galaretkę sama.
Cytrynom do towarzystwa dodałam kilka limetek, dlatego galaretka nabrała takiego właśnie lekko zielonkawego kolorku.

Uwielbiam jej orzeźwiający, mocno cytrynowy smak. I ten radosny kolor, wręcz kuszący do tego, by zanurzyć w słoiczku łyżeczkę (lub palec) i wyjeść kolejną porcyjkę.

SKŁADNIKI

* 6 cytryn i 4 – 5 limetek (w sumie powinno być około 1 kg owoców)
* pół szklanki zwykłego cukru
* 1 kg cukru żelującego 1:1

Cytryny i limonki wyszorować szczoteczką pod gorącą wodą, opłukać i osuszyć. Z 2 cytryn i 2 limetek cieniutko obrać skórkę i pokroić ją na cieniutkie paseczki. Najlepiej robić to specjalnym nożykiem do skórek cytrusowych.
Z tych obranych cytryn i limonek wycisnąć sok. Z pozostałych można wykroić ostrym nożem miąższ (tzn. owoce wyfiletować). Jeśli komuś się tego nie chce robić, może po prostu wycisnąć ze wszystkich cytryn i limonek sok.

Pokrojone skórki zalać 4 szklankami wody i wsypać zwykły cukier i gotować na małym ogniu, pod przykryciem, co jakiś czas mieszając około 15 minut. Po tym czasie dodać wyciśnięty sok i miąższ, krótko zagotować i dodać cukier żelujący. Dobrze wszystko wymieszać i odstawić pod przykryciem na 3 godziny, by dobrze wszystko przeszło smakiem.
Po tym czasie masę cały czas mieszając, krótko zagotować (przez ok. 3 – 4 minuty).
Można zrobić próbę i sprawdzić czy galaretka się już zsiada. W tym celu wlać większą kroplę galaretki na zimny talerzyk. Kropla powinna szybko zgęstnieć, a jej powierzchnia marszczyć się po dotknięciu palcem. W razie potrzeby gotować jeszcze parę minut.

Gotową galaretkę zdjąć z ognia i wkładać do wyparzonych słoiczków typu twist. Słoiki zakręcić i studzić odwrócone do góry dnem.

Nie wiem dokładnie ile wam wyjdzie z tego słoiczków. Mi wyszło 8, ale miałam słoiczki różnej wielkości, jednak wszystkie malutkie.

Konfitura imbirowo – bananowa

Zdjęcie nie będzie zbyt rewelacyjne, ale przy takim świetle to nie ma się czemu dziwić. Cały dzień pada, jest szaro i właściwie najlepiej człowiek nie wychodziłby z łóżka. Ale siedzenie w łóżku samemu nie ma tego uroku. Zatem postanowiłam dziś porobić nieco konfitur. Zwłaszcza, iż znalazłam całkiem sympatycznego pomocnika.

Na pierwszy ogień poszły dziś banany. Smakowita konfitura z tego wyszła. Przyznaję, że robiłam ją po raz pierwszy. Niedawno jednak dostałam słoiczek od znajomej, niejako do spróbowania. Dzieciaki były nią zachwycone, zwłaszcza Oliver, więc zapytałam o przepis. I oto dziś, w ten deszczowy dzionek, zrobiliśmy swoje zapasy, z podwójnej porcji.

SKŁADNIKI (na 4 słoiczki po 250 ml):

* 1 kg bananów (po obraniu ze skórek)
* sok z 3 – 4 cytryn
* 3 – 4 łyżki białego rumu
* 1 łyżeczka cynamonu
* 3 – 4 kawałeczki kandyzowanego imbiru
* 500 g cukieru żelującego 2 : 1 (na 1 kg owoców)

Nie dodaję dodatkowo więcej cukru, bowiem przy użyciu cukru żelującego 2:1 konfitura wychodzi wystarczająco słodka.
Jednak jeśli komuś mało, może dodać również szklankę normalnego cukru.

Wycisnąć sok z cytryn. Imbir pokroić na bardzo drobniutkie kawałeczki. Banany obrać i rozgnieść widelcem. Wszystkie składniki wrzucić do garnka i ciągle mieszając zagotować. Zmniejszyć ogień i gotować jeszcze jakieś 3 minutki.
Gorącą konfiturę nałożyć do wyparzonych słoiczków. Zakręcić i ustawić słoiczki do góry dnem.

Nie jest to konieczne, ale można słoiczki z konfiturą zapasteryzować.  Ja pasteryzuję swoje przetwory w piekarniku (gdy wyjdzie więcej słoiczków), lub w garnku z wodą (gdy słoiczków wychodzi tak z 3 -4).
By zapasteryzować przetwory w piekarniku, układam słoiczki na blaszce (w normalnej pozycji, nie do góry dnem). Blaszkę wstawiam do piekarnika, włączam go na 130°C (grzanie z góry i dołu, bez termoobiegu) i piekę tak około godziny. Po tym czasie piekarnik wyłączam, uchyłam lekko drzwiczki i zostawiam tak do ostygnięcia.

PS. Konfitura ta nieco ściemnieje, nabierając nawet lekko różawowego koloru, ale to normalne. Nie zmienia to w niczym jej smaku.